wtorek, 30 kwietnia 2013

Rozdział IV: 'Ależ nie! Nie wygłupiłeś się!'

Ruda wybiegła z dormitorium, które dzieliła z Hermioną, Parvati i Lavender. W głowie pojawił się jej pewien pomysł, ale nie mogła go zrealizowac bez pomocy jednego z braci. Ciągle biegnąc dotarła do skrzydła szpitalnego.

- George, mam sprawę! - zawołała do niego. Ten siedział obok brata i śmiał się z czegoś, ale kiedy usłyszał że dziewczyna go woła, spojrzał na nią ze zdziwieniem. Nie często zdarzało się żeby siostra miała do niego jakąś sprawę.

- Słucham cię? - zapytał.

- Chodź ze mną. - powiedziała, a widząc wahanie na jego twarzy, dodała – Tylko na moment. Chłopak wstał i poszedł za Ginn. Kiedy już zamknął za sobą drzwi, zapytał:

- Co tam chcesz?

- Kiedy Fred wychodzi ze szpitala?



* * *

- Na prawdę uważasz że to dobry pomysł? - spytał George.
- No oczywiście! - zawołała Ruda – Przecież oby dwoje chcą tego samego, ale żadne nie zrobi pierwszego kroku. Chłopak westchnął, ale pokiwał głową na znak że się zgadza. Dziewczyna rzuciła mu się na szyję i zaczęła dziękować. Po chwili odsunęła się od niego, jeszcze raz powiedziała „Dziękuję” i pobiegła z powrotem. George zaś wrócił do brata.



* * *

Hermiona, po tym jak Ginny bez słowa wybiegła z pokoju, korzystając z chwili ciszy, sięgnęła po swoją ulubioną mugolską książkę Williama Szekspira „Romeo i Julia” . Czytała właśnie fragment w którym Tybalt zabija Merkucja, kiedy do dormitorium wróciła rudowłosa. Była bardzo szczęśliwa; w jej oczach błąkały się ogniki szczęścia i zadowolenia. Ciekawe co tym razem wymyśliła?” pomyślała Miona, ale nie zadała przyjaciółce tego pytania. Ruda jak gdyby nigdy nic usiadła na swoim łóżku i również zaczęła czytać. Hermiona spojrzała na nią, a ona uchwyciła to spojrzenie.

- Co się tak patrzysz? - zapytała

- Dziwię się ze jeszcze nie wybuchłaś. - szatynka zaśmiała się – Przecież widzę jak się w tobie gotuje.

- Wydaje ci się. - odpowiedziała zdawkowo Ginny.

- Jedyne co mi się wydaje, to to że mi się nie wydaje. -  przyjaciółka spojrzała na szatynkę ze zdziwieniem. Dopiero wtedy ta zdała sobie sprawę jak bardzo zagmatwane zdanie powiedziała. Zaśmiała się i wróciła do lektury. Po kwadransie do pokoju weszły Parvati i Lavender. Jak zwykle śmiały się z czegoś, ale widząc że w środku są już Ginny i Hermiona ucichły.

- Jak się czuję Fred? - zapytała Parvati.

- Już lepiej. - odpowiedziała Ruda.

- Mam nadzieję że nasz przystojniak ze bardzo nie ucierpiał. - westchnęła przeciągle Lav.

Słysząc to Miona podniosła wzrok znad książki.

- Ucierpiał. - to krótkie słowo spowodowało, że oby dwie podbiegły do niej jak burza.

- Co mu się stało?

- No... poparzył się idiota jeden.

- Nie mów tak! - blondynka spojrzała na nią wrogo – On wcale nie jest idiotą. Miał po prostu wypadek.

- Taa, wypadek.

- A do kiedy jest w skrzydle szpitalnym? - tym razem pytanie zadała Parvati.

- Nie wiem. - odpowiedziała szczerze Herma – Ginny?

- Dzisiaj wieczorem. - odpowiedziała Ruda – Będzie na kolacji.

To że się odezwała spowodowało że Lav i jej przyjaciółka zostawiły szatynkę w spokoju a dopadły ją i zaczęły o wszystko wypytywać.

Jednak Miona nie słuchała tylko wzięła się znowu za czytanie. Ale nie mogła się skupić. Myślała o Fredzie. O jego rudej czuprynie, o jego brązowych oczach, o jego ustach... Tak bardzo chciała je pocałować. Ile ona by dała tylko za jeden pocałunek, jedno lekkie muśnięcie jego warg, swoimi wargami. Po chwili jednak zganiła się w myślach. Nie mogła myśleć o czymś co nigdy nie będzie jej dane.

- Hermi... Chodź na kolację. - z zamyślenia wyrwała ją Ginny.

Szatynka założyła buty, ale nie zarzuciła szaty.

Razem poszły do Wielkiej Sali. Kiedy już tam dotarły, przy stole Gryffindoru siedzieli już Harry i Ron, ale na stole nic nie było, żadnych potraw. „Pewnie będą coś ogłaszać” pomyślała Hermiona, kiedy razem z przyjaciółką usiadła naprzeciwko chłopaków.

Ginny rozpoczęła rozmowę z Harry'm, a ona zaczęła bawić się widelcem. Po paru minutach kątem oka dostrzegła bliźniaków wchodzących do Wielkiej Sali. Pierwszy raz w życiu szatynka widziała Freda bez uśmiechu na twarzy. Kiedy oboje usiedli obok swojej siostry, profesor Dumbledore wstał od stołu przy którym siedziało grono pedagogiczne i podszedł do swojej ambony.

- Zanim zaczniemy kolację chciałbym wam coś powiedzieć. Razem z innymi nauczycielami ustaliliśmy że w czwartek, czyli za dwa dni zorganizujemy bal. - tu rozległy się ogólne wiwaty, ale dyrektor uciszył uczniów jednym machnięciem ręką – Nie musicie przychodzić w szatach wyjściowych. Mugolskie stroje też są bardzo ładne i stylowe... Sam mam parę. Bal będzie trwał od godziny 19 do północy. I w tym momencie chciałbym prosić opiekunów domów o to by wybrali paru uczniów do udekorowania sali i wyboru muzyki. Niestety nasz ulubiony zespół Fatalne Jędze nie będzie mógł zagrać na tym balu, ale mozecie wybrac ich płyty oraz kilka mugolskich piosenek. - mrugnął do uczniów – No ale teraz koniec gadania! Życzę wszystkim smacznego!

Dyrektor pstryknął palcami i na stołach pojawiło się pełno pyszności. Hermiona nałożyła sobie trochę sałatki i sięgnęła po kawałek bagietki. Kiedy zjadła już połowę tego co znajdowało się na jej talerzu, usłyszała George'a.

- Hej, Angelina! Chcesz pójść ze mną na bal?

Dziewczyna uśmiechnęła się i kiwnęła głową.

Dlaczego zaprasza ją George, a nie Fred?” pomyślała Miona. Jednak ta myśl spowodowała że trochę się ucieszyła, bo ten drugi bliźniak nadal był wolny.

Szatynka szybko skończyła jeść, powiedziała do Ginny że będzie w dormitorium i ruszyła w stronę wyjścia. Była już przy schodach, gdy uslyszała że ktoś za nią krzyczy jej imię.

- Hermiona! - był to Fred. Serce podskoczyło jej do gardła, a w brzuchu pojawiły się motylki.

- Słucham? - zapytała go, odwracając się.

- Bo... ja chciałem... - zaczął się jąkać – Czy nie zechciałabyś pójść na bal ze mną?

Dziewczyna zamarła. On, Fred Weasley, największy żartowniś Hogwartu, obiekt westchnień wielu dziewcząt, zaprasza ją, Hermionę Granger, niemogącą się oderwać od książek szarą myszkę.

- Jak nie chcesz, to... - powiedział, a w jego oczach znowu pojawił się smutek i... Czy ona dobrze widziała? Ból. - Ech, wygłupiłem się...

- Ależ nie! Nie wygłupiłeś się! Ja... eee... tak, chciałabym pójść z tobą na bal. - odpowiedziała mu, a na jego twarzy w końcu pojawił się uśmiech; w oczach zaczęły błąkać się ogniki szczęścia i zadowolenia.

- Dziękuję. - powiedział i przytulił ją do siebie.

Ta objęła go w pasie i wtuliła w koszulę. Poczuła zapach męskich perfum. „Na zawsze zapamiętam ten zapach” pomyślała. Stali tak parę chwil wtuleni w siebie. Zwykły, niewtajemniczony przechodzień pomyślałby że są parą. Ale chyba żadnemu z tych dwojga to nie przeszkadzało. Nie zdawali sobie jeszcze sprawy że chcą tego samego.

Jednak Miona pierwsza odzyskała zdrowy rozsądek i odsunęła się od chłopaka.

- Muszę iść. - powiedziała. „Wcale nie muszę!”

Pocałowała rudzielca po przyjacielsku w policzek i odeszła.

* * *
Wszystkim którzy czytają tego bloga, podziwiam za to że im się chce! Dziękuję! <3

Po za tym dziękuję Martynie (jeeezzzuu, kocham cię dziewczyno, noo!) oraz Klaudii. ;* <3
Licze na to że ktoś to czyta, jeśli tak PROSZE ZOSTAW KOMENTARZ! To mnie motywuje. Anonimy też mile widziane! ;D

Dominika. ♥   

1 komentarz:

  1. No więc jaram się tym mega ale ty to wiesz i wiesz
    też że cie uwielbiam za tego bloga. Wiesz myśle że jesteśmy głuuupie >.<

    OdpowiedzUsuń