sobota, 22 czerwca 2013

Rozdział XIII: "Jesteś tylko zwykłym Casanovą, który zbiera trofea…"

 Pierwszy raz piszę coś na wstępie. ;) A więc musiał być tego ważny powód. 
Otóż, rozdział jest w całości napisany przez Hedwigę. Ja jedynie poprawiałam parę rzeczy. Jednak fabuła, dialogi.. Wszystko to pomysł Hedwigi. Jestem jej wdzięczna, bo bez jej pomocy ten rozdział w ogóle by się nie ukazał. 
Styl pisania faktycznie jest jej... i to widać, przynajmniej dla mnie. :)
Mimo to, że to nie mój pomysł tylko Hedwigi, to mam nadzieję że wam się spodoba. 
A więc zapraszam do czytania! <3

* * *

Hermiona szła korytarzem, a za nią biegł jej chłopak.
-Mionka, ej nie idziemy coś zjeść? Weź się nie przejmuj tym dupkiem. Misiek proszę cie. On nie jest ciebie wart - Fred objął Gryfonkę od tyłu i mocno przytulił. Po chwili zauważył, że z jej oczu płynął łzy.
-Nie. Fred ty nic nie rozumiesz. Ja… lubię go, a on robi takie rzeczy… Mi jest po prostu przykro - uśmiechnęła się lekko i wtuliła w tors Rudzielca.
-Kocham cie, wiesz o tym? Jesteś idealna- Pocałował ją w czoło, i popatrzył w jej oczy.-A teraz, albo idziesz ze mną na śniadanie po dobroci, albo zaciągnę Cię tam siłą. Co wybierasz?- uśmiechnął się łobuzersko.
-Hmmmm. Nie wiem, możesz spróbować siłą- posłała mu spojrzenie, a on już wiedział, co robić. W jednej chwili złapał ją w pasie, przerzucił przez ramię, i zaczął biec.
-Wariat, wariat!-Hermiona krzyczała, a zza rogu wyłoniła się Pani Noris
-Uciekamy!-krzyknął Fred. Po chwili już ich nie było. Weszli do Sali, wszyscy zebrani już zajadali.
Usiedli obok siebie, i zaczęli nakładać sobie jedzenie. Hermiona nałożyła sobie trochę jogurtu, ze świeżymi malinami, truskawkami i jagodami. Nalała do szklanki trochę pomarańczowego soku. Fred poszedł w klimaty mięsa, nałożył sobie dużo bekonu, smażone jajka i nalał trochę kawy. Ronald jak zawszę opychał się, Hermiona czasem zastanawiała się czy jej przyjaciel nie ma tasiemca. Jadł on zawsze ogromne ilości, a był bardzo szczupły. Nie można było powiedzieć też, że nie był przystojny. Ginny czasem się śmiała, że Szatynka będzie jej bratową. Nie można się było liczyć, jednak Hermiona uważała, że pomylili jej się Rudzielce.
-Co mówił Dumbeldore?- zagadnęła Brązowooka.
-Mófił, sze szycy nam wesołych wakaci- wybełkotał Ron
-Ile razy ja mam ci mówić? NIE MÓWI się z pełną buzią RONALDZIE- Hermiona zrobiła się lekko czerwona na twarzy.
-On chciał chyba powiedzieć, że życzy nam wesołych wakacji, i żebyśmy na siebie uważali. I jeszcze coś mówił, że w tych „ponurych czasach radość jest naszym wybawieniem”-Ginny się uśmiechnęła, i pocałowała Harry’ego w usta.
-Ty stary, pamiętaj -Fred szturchnął Wybrańca.
-Że to nasza siostra- dodał George. Zrobili pochmurną minę i po chwili zaczeli się wszyscy śmiać.
Po dłuższej chwili wszyscy poszli do swoich dormitoriów, by się dopakować. Fred szedł z Hermioną za rękę.
-Ej mała, co się dzieje- pocałował ją lekko w czoło.
-Bo wiesz, jedziemy na wakacje… Ja pojadę do rodziców, ty do Nory. Mama mówiła coś o wyjeździe do rodziny. Nie wiem, kiedy się spotkamy. Będę bardzo za tobą tęsknić-posmutniała, a po jej policzku pociekła mała łezka. Fred zgarnął ją na palec i strzepnął.
-Mała, weź… Zobaczymy się za niedługo. Obiecuje, wiesz… zawsze mogę użyć sieci Fiu, by zjawić się u ciebie w kominku z bukietem kwiatów- pocałował ją.
-Oj, ale ty jesteś kochany-chwyciła go za rękę, i pobiegła w strone wieży Gryfonów. 



* * *

Podróż mijała bardzo szybko, jechali już ponad kilka godzin. Hermiona spała oparta o Freda, George siedział obok nich. Harry, Ron i Ginny wygłupiali się, a Luna i Neville zacięcie dyskutowali o jakiś roślinach. Dochodziła noc. Większość uczniów już spała, albo robiła psikusy innym.
-Fred, chodź do nas. Nie mów, że będziesz tak cały czas siedział i się nudził- do przedziału wtargnęły dwie dziewczyny, jedna z Gryffindoru, a druga z Hufflepuf’u.
-Nie. Wole siedzieć z Hermioną- powiedział z powagą.
-Oj proszę cię, nie bądź nudny. Granger zrozumie jak pójdziesz się trochę pobawić- Wysoka brunetka wzięła go za rękę i pociągnęła za sobą. Wszyscy zmierzyli ich od stóp po sam czubek głowy.
-Jak się obudzi powiedzcie jej, że zaraz wrócę- dorzucił zanim drzwi się zamknęły.
-Co? George, co on wyprawia?-zapytała wściekła Ginny.
-Nie wiem, ale jestem tak samo wkurzony jak ty- powiedział George z otwartą buzią.
Hermiona spała jeszcze chwile, obudziła się i leniwie przeciągnęła.
-Gdzie jest Freddie? A zresztą nie ważne, ide się przejść- wypowiadając te słowa ziewnęła. Po chwili wstała i wyszła z przedziału. Szła i o niczym nie myślała. W pewnej chwili złapał ją ktoś za ręke. Pewna, że był to jej chłopak obróciła się i przytuliła. Poczuła inne perfumy. Popatrzyła się i zobaczyła… Sama.
-Co? Czego ty chcesz? I tak w ogóle, to sorry za to…- zmierzyła go i sztucznie się uśmiechnęła.
-Nic, chciałem pogadać- wymówił patrząc jej w oczy.-Nie Sam- Nie przerywaj mi Hermiono.
Przepraszam cie za wszystko. Nie chciałem się z tobą kłócić. Ja na prawdę przepraszam. Możemy być dalej przyjaciółmi?-zapytał zmieszany.
-Ohh. Dobrze, ale nic więcej ok?- uśmiechnęła się.
-Dobrze, rozumiem. Mówię to jako twój przyjaciel, wiesz gdzie jest twój KOCHAŚ?- mówił to z ironią.
-Nie, ale nie mam się o co bać - dodała po chwili.
-Oj na pewno, jednak nie byłbym taki pewien. Siedzi sobie i flirtuje z pannami, a ty? Hmmm. Przechadzasz się żałośnie po pociągu. Hermiono, ja chce dla ciebie jak najlepiej-powiedział teatralnie i odszedł ciągnąc ją za rękę. Hermiona stała i patrzyła jak Fred wygłupia się z jedną brunetką.
Po chwili jej oczy wypełniły się łzami. Zaczeła biec, a z przedziału wyszedł Fred.
-Coś ty najlepszego zrobił?!- wykrzyczał na Sama.
-Ja? Hmmmm. Nic, sam z siebie robisz idiotę, i ja tylko jej pokazałem jak ją oszukujesz-powiedział Sam z ironią.
-Hermiono!- wykrzyczał Fred.
Gryfonka biegła, nie myślała o niczym. Chciała uciec. Po chwili wbiegła do wagonu, rzuciła się na siedzenie, Ron do niej podszedł i ją objął ramieniem.Fred wbiegł do przedziału, ale drogę zatorowali mu Neville, Harry i George.
-CO?! Przepuście mnie. Ron, odwal się od niej- krzyczał Rudzielec.
George wziął go za ciuchy i wypchnął z przedziału. Sam też wyszedł i zaczął na niego wrzeszczeć.

 -CO TY SOBIE WYOBRAŻASZ?! Zostawiasz ją jak śpi i idziesz do jakiś dziuń? Wiesz, że ona cie kocha. I dobrze wiesz, że ten Sam coś do niej czuje, i że będzie o nią walczył. A ty co? Od tak sobie idziesz za rączkę z jakąś Gryfonką? Chłopie ciebie powaliło- Wykrzyczał mu prosto w twarz.
-Odwal się. A ty co? Wielki pocieszyciel? Może powiedz, że jeszcze ją będziesz pocieszał?! Ja nic nie zrobiłem. Pojmij to-wykrzyczał Fred, i wszedł do przedziału.
Wszyscy patrzyli się na niego spode łba. Nie wiedzieli co maja zrobić. Hermiona lekko płakała, była wtulona w ramie Rona. Fred był wściekły. Wziął swoją dziewczyne na ręce i wyniósł z przedziału, szedł dobre kilka minut i znalazł pusty przedział. Usiadł na miękkim obiciu, cały czas trzymał Hermione na rękach. Ona tylko była wtulona w jego tors, nie mówiła nic.
-Mionka ja przepraszam. Kocham cie, a one to tylko koleżanki, nawet już nie. Nie wymagaj ode mnie za dużo- wyszeptał te słowa do ucha.
-Wiesz, koleżanki? Nie tak to wyglądało. Sam miał racje, jesteś tylko zwykłym Casanovą, który zbiera trofea…- wstała i wyszła- Wiesz, nie jesteśmy siebie warci. Nie pasujemy do siebie. Do widzenia Fred- ostatnie słowa wypowiadała, a łzy ciekły strumieniami po jej policzkach.
-CO? Dlaczego ja wszystko psuje?-krzyczała w myślach sama na siebie.
-Cholera jasna! Co się z nami dzieje?-zapytał się sam siebie. Nie wiedząc, co zrobić wrócił do swojego przedziału, wszyscy siedzieli, a Hermiona siedziała oparta o ramie Rona. W Fredzie się gotowało. Chciał podejść i uderzyć brata, jednak opanował się i usiadł obok drugiego bliźniaka. Wszyscy milczeli całą droge. Po długiej jeździe Hermiona pożegnała się z wszystkimi, na Freda nawet nie spojrzała, ucałowała przyjaciół w policzki, a Ginny prawie się popłakała. Gryfonka wróciła do domu. Pierwsze co zrobiła to wbiegła do swojego pokoju i rzuciła się na łóżko, całą trase trzymała się dzielnie nie uroniła nawet jednej łzy, teraz wszystko wypłynęło. Cała poduszka była mokra, jej policzki opuchnięte i czerwone. Weszła do łazienki i usiadła pod prysznicem, woda oblewała jej ciało. Hermiona chciała zniknąć, rozpłynąć się, siedziała i płakała. Nie wiedziała, co jest wodą, a co jej łzami. Myślała tylko o nim, o tym Rudzielcu, który teraz siedział i robił to samo, co ona. Hermiona ubrała się w piżame, i położyła do łóżka, po chwili oddała się w objęcia Morfeusza.


***

Minęło kilka dni, Hermiona nie chciała jechać do Nory, rozważała nawet możliwość zostania w domu na całe wakacje, albo by wyjechać do ciotki do Francji, ale wiedziała że Ginny będzie na nią czekać. Nie chciała zawieść przyjaciółki. Poranek był piękny, Gryfonka wstała i wiedziała co dzisiaj chce robić. Miała zamiar cały dzień spędzić w parku z rodzicami, ubłagała ich nawet o to by dla niej wzięli wolne w pracy. Odwołali pacjentów i przygotowali jedzenie na piknik. Hermiona zerwała się z łóżka i pobiegła do łazienki. Weszła pod prysznic, ciało namydliła olejkiem o zapachu kwiatów, ten zapach kojarzył jej się z Ginny. Hermiona zaliczając poranną toaletę na ciało zarzuciła błękitną sukienkę w kwiaty, włosy upięła w luźnego koka, na policzki nałożyła trochę różu, a oczy pomalowała lekko tuszem. Zeszła na śniadanie, mama przygotowała jajka z bekonem i trochę kawy w kubku. To śniadanie na samą myśl przywodziło jej ukochanego, myślała, co on teraz robi. Zjadła śniadanie, a raczej pogrzebała widelcem w nim, nie miała apetytu nic jeść. W jednej chwili odechciało jej się wszystkiego. Rodzice przytulili ją mocno, w jednej chwili poczuła jak cała dobra energia powraca do niej. Już mieli wychodzić, wsiadali do auta i zaczęła się wielka burza, deszcz zaczął mocno padać, a niebo pociemniało. Cała rodzina Granger’ów wróciła do domu, siedzieli na kanapie przed kominkiem, każdy czytał jakąś książkę. Hermiona wstała i poszła zrobić sobie herbatę, jej rodzice pojechali na zakupy do domu. Wieczorem mieli zamiar zrobić sobie kino. Kupić popcorn, colę i obejrzeć jakiś świetny film. Hermiona siedziała zaczytana, w jednej chwili w kominku pojawiły się zielone płomienie, pierwsza ukazała się ruda czupryna. Chłopak trzymał wielki bukiet kwiatów w rękach.
-Fred?- Hermiona wstała i otworzyła oczy ze zdumienia.
-Powiem ci coś, nie przerywaj mi!- zrobił poważną minę.
-Hermiono Granger, kocham cie. Jesteś dla mnie najważniejsza, nie jesteś tylko moją dziewczyną, ale też przyjaciółką. Zawsze mogę na ciebie liczyć. Nie wiem co się ze mną stanie gdy ciebie zabraknie, sam utonę w tym bagnie. Nie opuszczaj mnie, bo to ty dajesz mi siłę i dajesz mi wiarę, w to że warto być i warto żyć. Chociaż dla ciebie- Uśmiechnął się i spuścił głowę. Hermiona zrobiła krok w przód i rzuciła się mu na szyje.
-Kocham cie, Dumbeldore był by dumny z twych słów- wyszeptała mu do ucha i pocałowała czule.


***
 Jeszcze raz, mam nadzieję że sie podobał. 
Jak przeczytałeś - zostaw komentarz. ;*

Pozdrawiam, Dominika. <3

środa, 12 czerwca 2013

Rozdział XII: "Przyznajesz się do słabości. No,no... Do czego to ja cię doprowadzam..."

Był ranek. Dzień powrotu do domu. Hermiona od 4:00 nad ranem pakowała kufer. Nie miała do tego głowy dzień wcześniej. Niestety obudziła tym wszystkie współlokatorki. 
- Hermi! Błagam, idź no spać! - jęczała Ginny.
- Popieram w 100% ! - wtórowała jej Lavender. 
Szatynka lekko się uśmiechała. Wcale nie miała zamiaru przestać.
Po skończonej robocie postanowiła się odświeżyć przed drogą.Weszła pod prysznic. Woda ciurkiem spływała po jej krągłościach i wcięciach. A ona myślała. Myślała jak to będzie w te wakacje. Liczyła na miłe i przyjemne. Z Fredem u boku chciała czuć się kochana i kochać. Chciała się bawić, ale chciała też trochę odpocząć. Rzucić te wszystkie podręczniki w najciemniejszy kąt i nie ruszać aż do 1 września. 
Wyszła spod prysznica i założyła czarne rurki i podrowo-różową bluzeczkę w rękawem do łokcia. Nogi włożyła w czarne vansy i skierowała się do wyjścia z łazienki. 
Wychodząc spojrzała na zegarek. Była 7:00. Miała godzinę do śniadania. Zeszła po schodach i usiadła na kanapie w pokoju wspólnym. Położyła głowę na jednej z miękkich poduszek i zamknęła oczy. Leżała tak może 5 minut, kiedy ktoś lekko musnął jej usta. Otworzyła oczy i zobaczyła nad sobą rudą czuprynę Freda.
- Hej. - szepnęła i podniosła się do pozycji siedzącej. - Jak się spało?
- Z tobą u boku jestem pewien, że byłoby lepiej. - uśmiechnął się łobuzersko.
- Nie jestem pewna. Czasem mam siebie dość w nocy. - zaśmiała się
- Ja bym cię nigdy nie miał dość. - pocałował ją w czoło i złapał jej dłoń w swoje. - Masz przeokropnie zimne ręce. - zaczął pocierać jej dłoń o swoje. 
- Od zawsze mam zimne ręce... 
- Ostatnio gdzieś słyszałem taki głupi tekst... Czekaj, czekaj, jak to było - udał że się zastanawia - A! Zimne ręce, dobra...
- Nie kończ. Też to słyszałam. - przerwała mu i posłała lekki uśmiech.
- ... dobra w łóżku. - parsknął śmiechem. 
- Zamknij się Weasley, idioto! - pacnęła go lekko w ramię. 
- Nie bij mnie ! - zrobił minę obrażonego dziecka. 
- Fred... - wstała z kanapy i pochyliła się nad nim - Spójrz na mnie. - chłopak jedynie odchylił głowę w drugą stronę - Freddie ... - musnęła jego usta i usiadła mu na kolanach. 
- Mówiłaś coś? - zapytał 
- Nie, nic. - leciutko pocałowała jego bliznę na policzku. 
- Chyba muszę się częściej obrażać... - zaśmiał się rudzielec .
- A ja powinnam częściej cię bić. 
- Ale lekko... 
- Przecież jesteś facetem. Taka moja drobna dłoń nie może ci nic zrobić... - posłała mu uśmiech. 
- Nie był bym taki pewien. 
- Przyznajesz się do słabości. No,no... Do czego to ja cię doprowadzam... - westchnęła teatralnie. 
- Nawet nie zdajesz sobie sprawy do czego mnie doprowadzasz. - zaśmiał się Fred.
- Do czego? 
- Do skrajnej obsesji. 
- Na punkcie czego?
- Bardziej kogo, kochanie. - pocałował ją w czoło - Na punkcie Hermiony Granger. 
- Oj, skończ mi tak słodzić! 
Nagle do pokoju wspólnego wszedł Ron , Harry, który trzymał za rękę Ginny oraz George. 
- No gołąbeczki. Myślę że zgłodnieliście. - zaśmiał się George. 
- Nie... Wcale nie zgłodnieliśmy. - również zaśmiała się Hermiona. Jednak zaburczało jej w brzuchu, co wywołało ogólny śmiech.
Razem wyszli z pokoju wspólnego i ruszyli na śniadanie. 
Niestety, w pewnym momencie Miona zauważyła Sama. 
- Hej, Hermiona! - usłyszała jego wołanie. 
Po chwili Krukon już szedł obok niej.
- Możesz mnie zostawić? - warknęła szatynka
- Nie, nie mogę. - westchnął Sam
- Co się takiego stało? - zapytała stając w miejscu. Za nią stanął Fred.
- Chciałbym porozmawiać z tobą w cztery oczy. 
- Nie. - warknął Fred - Nie zamierzam znowu zastać ją ze łzami w oczach. 
- To nie twoja sprawa idioto! - również warknął Sam. - To sprawa pomiędzy mną a Hermioną...
- Wszystko co dotyczy jej, dotyczy również mnie. 
- Więc dobrze. Chciałem to załatwić delikatnie, ale z Weasley'ami się tak nie da. - westchnął brunet - Dlaczego Miona jesteś z tym... z tym dupkiem? Nie wiesz o jego podbojach? 
- Wiem. - powiedziała Hermiona - I nic do tego nie mam. Każdy popełnia błędy. Jemu wybaczyłam.
- To dlaczego nie wybaczysz mi? - zirytował się Sam
- Bo już drugi raz popełniasz ten sam błąd. A tego nie wybaczam. - odwróciła się do Freda - Chodź stąd. 
- Hermiono... Proszę. - Krukon złapał jej dłoń jednak ona szybko ją wyrwała.
- Nie Sam. Koniec. Nie odzywaj się do mnie. Nawet nie próbuj pisać. Po prostu zniknij! 
Szatynka ruszyła w stronę Wielkiej Sali ciągnąć za sobą Freda. 
Nie chciała już nikogo widzieć. Chciała pobyć tylko z tym rudzielcem. Nie była już nawet głodna. Dlatego w ostatniej chwili skręciła w inną stronę niż na śniadanie...

* * *
Masakra! -,- Rozdział jest szczerze do dupy. :( 
Chciałam go napisać inaczej. Miał być dłuugi, z rozbudowaną fabułą, ale oczywiście wyszło jak zawsze. ;/
Mam nadzieję że mimo to, się chodź trochę podoba. :)

Pozdrawiam, Dominika. <3

PS. Co do następnego rozdziału to pewnie pojawi się dopiero pod koniec czerwca, po tych wszystkich wystawieniach ocen. :) W końcu wakacje i będę miała więcej czasu na wszystko. ;D